Turcja wyprawa 2010

Galeria

W tej galerii znajdują się 57 zdjęcia.

Przeciągam się powoli i ospale wystawiając twarz do porannego słońca. Wokoło mnie jednostajny dźwięk warczących silników ciężarówek cierpliwie czekających na swoją kolej. Mimo tego i tak czuję się wyśmienicie. Stoję na tureckiej granicy po 27 godzinach monotonnej jazdy robiąc około … Czytaj dalej

Syria wakacje 2010

Odnośnik

Do wyprawy przygotowywaliśmy się kilka ładnych miesięcy. Najwięcej czasu zajęło opracowanie trasy wraz z określeniem miejsc, które chcielibyśmy zobaczyć. Najpóźniej na miesiąc przed wyjazdem musieliśmy też złożyć wnioski o wizę syryjską.. Komplet dokumentów wysłaliśmy kurierem wraz z załączonymi 100€. (Aktualnie wpłat można dokonywać już na konto). Po kilku dniach mogliśmy odebrać wizy. We wniosku wizowym należy wyraźnie wpisać cel wizyty – turystyczny. Każdy inny powód, a przede wszystkim pieczątka z wizyty w Izraelu, może być przyczyną do odmowy jej wydania.Ambasada na warszawskim Mokotowie obsługuje cały nasz kraj oraz Estonię i Łotwę, ale mimo wszystko ruch interesantów jest umiarkowany.

Start o 5 rano. Przywitała nas mgła, ale ranek wyjątkowo ciepły. Pełni entuzjazmu, nastawieni na przygodę wyjeżdżamy zgodnie z planem. Mimo porannej godziny przejazd przez Warszawę zajmuje nam 1h. O 6.00 wydostajemy się na trasę Katowicką. Za Tomaszowem łapie nas deszcz, ale tylko świadomość, że jedziemy na południe nie powoduje utraty humorów. O 11.00 już w pełnym słońcu przekraczamy granicę w Cieszynie. 360km liczone od granic Warszawy zajęło nam 5h. Przejazd przez Czechy 40km to  40min. Potem kierujemy się na E77 i wąskimi drogami długo przeprawiamy się 220km przez Słowację, co zabiera nam kolejne 3,5h. Węgry i  250km udaje nam się pokonać również w 3,5h. W Budapeszcie wbijamy się na E75 i kierujemy się na przejście Szeged, na którym jesteśmy ok. 19.00 Pierwsze formalności związane z przekroczeniem granicy trwają ok. 40min. Drogą E75 jedziemy aż do Nisz, w którym to zbaczamy na E 80 i trasa prowadzi nas już do samego Stambułu. Droga przez Serbię to najdłuższy, jak do tej pory odcinek drogi w jednym kraju, liczący 530km, który udaje nam się pokonać w czasie 6h. Serbska droga E75 jest szeroka i dwupasmowa, a tuż przed Belgradem zmienia się w prościutką miejscami autostradę, co sprawia że przejazd przez ten kraj jest samą przyjemnością. Aż trudno uwierzyć, że mają tak dobrze rozwiniętą infrastrukturę. Droga prowadzi z północy na południe, więc jest dobrą trasą przelotową i co ważne, w większości jest bezpłatna.

Trasa od Nisz do granicy z Bułgarią jest warta polecenia ze względu na swoje usytuowanie i widoki. O 2.00 w nocy jesteśmy na granicy Serbsko- Bułgarskiej. Niedaleko przed, na dobrze oświetlonej stacji benzynowej Petrol (znajdującej się po lewej stronie drogi) wśród tłoku zaparkowanych tirów decydujemy się na nocleg. Stacja jest przystosowana do przyjmowania kierowców gdyż oferuje prysznic i obszerny parking, który o tej porze był mocno zapchany. Tego dnia niestety prysznic był nieczynny z powodu awarii. No cóż. Bywa i tak. Rano na parkingu pusto. Całe towarzystwo już dawno wyjechało. Chyba tylko przez zmęczenie nie słyszeliśmy nawet warczących silników odpalanych obok nas ciężarówek. O 8.30 ruszamy w dalszą drogę. Przekroczenie granicy serbsko-bułgarskiej poszło sprawnie. Do kolejnej mamy 370km i pokonujemy trasę w 6h. Granica turecka zabrała nam 40 min. Tylko do męża paszportu celnik wbił wjazdową pieczątkę. Nie zdawaliśmy sobie sprawy, że potem zrobi się z tego niemały problem. Na przyszłość będziemy pamiętać, żeby zbierać wszystkie pieczątki, jakie są tylko możliwe. Na samej granicy widać już meczet.

(Droga po Turcji opisana jest przy wyprawie po Turcji)

Na granicy turecko-syryjskiej jesteśmy ok. 15.00 Przejazd przez Turcję w ogólnym rozrachunku nie sprawił nam żadnego problemu. Drogi są puste, szerokie, równe i proste. Poza miastami niewiele jest służb miejskich i czasem próbując nadrobić czas pozwalaliśmy sobie, w miarę możliwości naszego

zestawu, na mocniejsze przyciśnięcie gazu. Dla kierowców nie lubiących monotonii tureckie autostrady będą nudne, więc warto zabrać ze sobą ciekawego towarzysza. Bez problemu działa też GPS, co eliminuje czujność pilota. My z mężem, jeżdżąc na zmianę, w czasie wolnym od prowadzenia uczyliśmy się arabskich słówek. Zajęcie okazało się słuszne, gdyż w Syrii nie raz skorzystaliśmy z naszej świeżo nabytej wiedzy.

Na granicy po stronie tureckiej odprawa trwała 1h. Łącznie w czterech kolejnych okienkach oddalonych od siebie o kilkanaście metrów dokonywane były urzędowe, monotonne czynności. W pierwszym paszporty, w drugim auto z przyczepą, w kolejnym zaglądali wszędzie do środka, a w czwartym chyba wszystko razem wzięte. Warto mieć cały bagaż w miarę poukładany i widoczny, co usprawnia kontrolę. Nam zaglądali nawet do malutkiej lodówki. Do dziś nie wiem po co. Po przejściu tych długotrwałych procedur ruszamy dalej. Po 2km widać przejście syryjskie. Wita nas brud i nieład.

Tylko palmowa aleja, która nas prowadzi do bramek wygląda na zadbaną.

Ruch jest umiarkowany. Liczymy na szybką przeprawę. Z papierami trzeba udać się do budynku. Lepiej żeby zajął się tym mężczyzna, bo kobiety nie są traktowane poważnie. Dobrze jest ubrać się w długie spodnie, gdyż  krótkie noszone są tylko przez chłopców, zatem udając się do urzędu w spodenkach, Syryjczyk może zbyć interesanta utrudniając załatwienie sprawy. Przy okienku nie istnieje coś takiego jak kolejka. Wszyscy tłoczą się na około jedynego czynnego okienka układając z paszportów kopiec. Zasadą jest to, że urzędnik bierze pierwszy paszport z góry, zatem można sobie wyobrazić co dzieje się z paszportami – cały czas są przekładane przez ich właścicieli na górę, przypominając trochę zabawę z dzieciństwa. Każdy walczy, aby jego było na wierzchu. Wygląda to śmiesznie i jest nie do zrozumienia dla nas, ale poddajemy się temu działaniu również przyłączając się do „zabawy”.

Wejście do budynku, gdzie odbywa się odprawa

Po 1h oczekiwania dostajemy odmowę wjazdu do Syrii. W moim i córki paszporcie brak jest pieczątki wyjazdowej z Turcji. Wracamy, wysłani przez Syryjczyka,  na turecką stronę na której urzędnik informuje nas, że nie może nam wbić pieczątek wyjazdowych z Turcji gdyż nie mamy wjazdowych i formalnie w Turcji nas nie ma. Cofają nas po pieczątki wyjazdowe z Syrii. Jak będziemy je mieć, to na tej podstawie wbiją nam wjazdowe, a potem wyjazdowe z Turcji. Jakaś paranoja. Wracamy na syryjską stronę. Manewrowanie między granicami z przyczepą nie należy do przyjemności, biorąc pod uwagę, że cały czas jest spory ruch. Nasze zmagania i tak z wyjątkowym spokojem przyjmowane są przez pozostałych kierowców. Odległość jest zbyt duża, aby biegać na piechotę.

Po raz kolejny w ciągu kilku godzin wracamy na turecką granicę.

Mija kolejna godzina. Czekamy w aucie pod syryjskim budynkiem, bo jak się okazało trwa właśnie przerwa na kolację – granica nie działa i nic nikogo nie interesuje. Tu nie ma takiego pojęcia jak pośpiech. Zaczyna się zmierzch.

Jest już zmierzch, a my ciągle stoimy na granicy.

Tracimy nadzieję na załatwienie czegokolwiek. Jest gorąco, jesteśmy spoceni, zmęczeni i głodni. Otwieram przyczepę i odpalam kuchnię. Trzeba się posilić, bo inaczej nie damy rady. Jest nam na tyle wszystko jedno, że nie martwimy się o to czy ktoś się do nas przyczepi, że urządzamy sobie piknik na granicy. Jest już ciemno i mamy spore obawy czy w ogóle uda nam się wjechać. Nikt nie zwraca na nas uwagi, gdyż oprócz kilku TIR-ów i pracowników na przejściu granicznym nikogo już nie ma. Obawialiśmy się, że skończą na dziś pracę i granica zostanie zamknięta. Pogodziliśmy się nawet z opcją spania w tym miejscu. Po 5-ciu godzinach czekania przyszła nowa zmiana. Pojawiła się w nas iskierka nadziei i ponownie ruszyliśmy w kierunku właściwego okienka. Dostaliśmy dokument do wypełnienia.

Wszystko byłoby super, tylko dlaczego nie jest po angielsku! W końcu jeden z pracowników kręcących się po granicy zlitował się nad nami i wypełnił nam papiery siedząc na pobliskim murku między bramkami.

O 20.00 wymęczeni przekraczamy granicę płacąc przy tym opłatę wjazdową 230€. Jest już całkiem ciemno. Z GPS w Syrii nie można korzystać, więc musimy posługiwać się mapą, co niestety nie zawsze jest proste, gdyż nazwy miast często pisane są tylko w języku arabskim. Zaraz za granicą widzimy szyld kempingu. Zatrzymujemy się i za chwilę podbiega Syryjczyk próbując nas zachęcić do noclegu. Jest ciemno więc niewiele możemy zobaczyć. Szyld zachęca kolorowymi neonami, ale mimo wszystko mamy obawy. Kemping przy głównej trasie, nie wydaje nam się rozsądnym rozwiązaniem, tym bardziej jeśli oczekuje się chwili odpoczynku i relaksu. Za chwilę przybiega kolejny Arab i okazuje się, że potrafi porozumieć się po polsku. Jest mocno przekonywujący tłumacząc, że dalej nie ma dobrych kempingów. Gdy nie jest się czujnym, można się nabrać na jego handlowe sztuczki. My jednak postanawiamy jechać dalej. Później nie żałujemy swojej decyzji. Wieczorem ulice są przepięknie kolorowe od neonów i pełne życia. Trzeba bardzo uważać na drodze, gdyż w miastach panuje duży ruch pieszych, rowerów. Do następnego kempingu znajdującego się po prawej stronie niewielkiej drogi (ok. 8-10km za przecięciem dróg 5 i 62 zjazd w lewo z szyldem kempingu Salaam Abu Jabr) docieramy zupełnie po ciemku. Może i lepiej, bo za dnia wjazd do kempingu nie zachęca.

W środku jest przyzwoicie. Kameralny ogródek prowadzony przez spokojną rodzinę z miejscami na kilka samochodów, schludna łazienka i WC w cenie 15€ za noc, to wszystko czego było nam trzeba.

Do tego jeszcze z żona właściciela, miła i uśmiechnięta kobieta, bez problemu rozmawiająca w języku angielskim, niemieckim, francuskim. Słuchając z jaką lekkością posługuje się kilkoma językami, aż trudno było uwierzyć, że marnuje się w takim miejscu. Ona jednak wydaje się być szczęśliwa. Dla niej całym światem jest ten malutki kemping, który pielęgnuje z wielką starannością, poświęcając się temu całkowicie i z pasją.

Następnego dnia, wypoczęci i odpowiednio ubrani  jedziemy zwiedzać Aleppo. Z. szacunku dla kultury zakrywam nogi chustą, zasłonięte ramiona to dla mnie zbyt wiele, wiec daruję sobie ten pomysł. Aleppo to drugie co do wielkości po Damaszku miasto na świecie, nieprzerwanie zamieszkane od 8-miu tys. lat. Aż trudno sobie to uświadomić.

Aż żal że wojna teraz niszczy to piękne miasto.

W mieście jest upał. Ulice i budynki są mocno nagrzane słońcem, co jeszcze bardziej potęguje uczucie gorąca.  Jesteśmy spoceni, ale dzielnie idziemy zwiedzać jeden z największych bazarów na Bliskim Wschodzie, na którym można kupić dosłownie wszystko. Trzeba mieć dobrą orientację i czujność, żeby się nie pogubić wśród wąskich, podobnych do siebie korytarzy.

Ciągle zaczepiają nas kolejny sklepikarze. Są mistrzami w zagadywaniu i wciskaniu wszystkiego, co mają do zaoferowania. Jeśli jest się podatnym na takie sztuczki, można tu zostawić sporo pieniędzy i zmarnować wiele godzin. W międzyczasie słychać nawoływania do modlitwy. Mężczyźni tłumnie podążają do pobliskiego meczetu i mimo że jest to zabronione, robię wnętrzu zdjęcie.

Zauważa to jeden z Arabów, zatrzymuje się przede mną i zaczyna coś do mnie mówić w swoim języku emocjonalnie gestykulując. Domyślam się tylko, że zabrania mi fotografować, gdyż oczywiście go nie rozumiem. Udaję skruchę i przepraszam go po polsku by chociaż tonem złagodzić sytuację, jednak niewiele to pomaga i za chwilę wokoło mnie zbiera się spory tłumek arabskich mężczyzn zaciekawionych sytuacją. Gdzieś za plecami niewidzialnie przemykają szczelnie owinięte miejscowe kobiety, które nie śmią spojrzeć w górę swoim spłoszonym wzrokiem, by złapać okruch z całego zdarzenia. Stoję wśród nich jak wystraszona sarna w swoim lubieżnym jak dla nich stroju. Moja zwiewna chusta niedbale związana na biodrach odsłania wszystko to, co powinno być zakryte, a gołe ramiona prowokują spojrzenia w moją stronę. Szukam nerwowo wśród tłumu mojego męża, który widząc co się dzieje zmierza do mnie pośpiesznie by mnie ratować z opresji. W jednej sekundzie całe otaczające mnie towarzystwo znika w świątyni zostawiając za sobą tylko zapach islamu. Kobieta w towarzystwie mężczyzny nie zostanie nigdy zauważona i zaczepiona za względu na szacunek do niego.

Religia w tym kraju jest bardzo mocno zakorzeniona i widoczna. Meczety, kapliczki i ołtarzyki do modlitw są wszech obecne. Mężczyźni, gdy nie mogą dotrzeć do meczetu, klękają na swoich małych dywanikach gotowi do modlitwy w miejscu w którym się znajdują. Podobnie było na granicy. Z chwilą gdy rozpoczął się śpiew, syryjscy pracownicy i interesanci rzucili się na kolana nie zwracając na nikogo uwagi. Dziwnie było tak stać nad nimi, więc nawet dla własnego komfortu psychicznego lepiej jest wyjść. Spacerując po syryjskim bazarze co chwila słyszymy pojedyncze polskie słowa rzucane przez miejscowych. Domyślamy się, że Polski turysta jest tu często widziany. Targując się przy jednym ze straganów (targowanie się jest tu bardzo mile widziane i należy do powinności kupującego) zaczepia nas Syryjczyk i mówi że ostatnio był w Krakowie i chce tam otworzyć sklep ze srebrem. Opowiada o swoich osiągnięciach i rodzinie. W Syrii rodzina to powód do dumy i każdy chce się nią chwalić. Należy zawsze wyrażać podziw, gdyż jego brak może być źle odebrany przez Syryjczyka. Na drugim miejscu jest praca.

Będąc w Aleppo również trzeba zajrzeć do cytadeli znajdującej się w bezpośrednim sąsiedztwie z bazarem. 

W drodze powrotnej na kemping mijamy Aqua Park. Mamy nadzieję, że skorzystamy, jednak trwa ramadan i park jest zamknięty. Od Syryjczyka, który prowadzi kemping dowiadujemy się również, że w Syrii nie ma żadnych ładnych plaż nad morzem (poza hotelowymi) na których można się kąpać. Rezygnujemy zatem z podróży na wybrzeże. Alkoholu (w tym piwa) również nigdzie teraz nie kupimy, nawet u niego. Warto o tym pamiętać jadąc do tego kraju. Wieczorem, przy grillowaniu marzy się o łyku ziemnego chmielowego napoju. Na pocieszenie dostajemy od niego zerwane z drzewa figi. Są wyśmienite. Syryjczycy są bardzo przyjaźnie nastawieni. Nawet w dużych miastach są uśmiechnięci, spokojni, pomocni. Przejeżdżając obok nas na drodze, machali do nas przyjaźnie.

Aleppo z okien samochodu

Z wielkim entuzjazmem przyjmowane były przez nich nasze próby powiedzenia czegoś w ich języku. Nawet dla tej ich radości warto było próbować mówić po arabsku. Niezrozumiały natomiast był dla nas sposób targowania. Kupując wazon sprzedawca chciał 4000funta (ok. 70€). Zaproponowaliśmy mu cenę 3000. Początkowo nie chciał się zgodzić, ale w końcu na nią przystał. Wręczyliśmy mu 3000 po czym on oddał nam 1000 i powiedział, że jego cena może być 2000. Byliśmy zdziwieni. Odchodząc z nowym nabytkiem dostaliśmy jeszcze jeden w prezencie. W rezultacie wyszliśmy z dwoma ręcznie wykonanymi wielkimi wazonami za 35€.

Po naszych zakupach i zwiedzeniu tego ciekawego miasta następnego dnia wyruszamy w stronę Palmyra przez Apamea. Odległość 560km pokonujemy w 12h. Startujemy o 7.30. Mimo wczesnej pory wita nas upał i bezwietrzna pogoda, ale nie zraża nas to i zgodnie z planem zmierzamy w kierunku pustyni.  Drogi w Syrii są całkiem dobre. My ze swoją przyczepą dzielnie podążającą z naszym autem nie mieliśmy żadnych kłopotów w przemieszczaniu się przez ten ciekawy kraj. Mimo panującego ogólnego bałaganu, szczególnie w miastach, ruch odbywa się całkiem płynnie. Na drogach nie ma wyznaczonych pasów, każdy jeździ jak chce, tam gdzie ma miejsce. Generalnie kierowcy uważają na siebie nawzajem i nie ma między nimi znanej nam z polskich dróg złośliwości. Piesi traktowani są ze szczególną uwagą, gdyż jego potrącenie jest zawsze z winy kierowcy. Powoduje to , że piesi są na drogach wszechobecni.

Jeśli pali się czerwone światło, a poprzeczna droga jest pusta, wszyscy jadą dalej usprawniając w ten sposób ruch. Dla turysty nie znającego arabskiego największym problemem jest czasem znalezienie właściwej drogi i zrozumienie znaków

Ominąwszy Aleppo kierujemy się na bezpłatną dobrą drogę M1 w kierunku Damaszku. Ok. 25km za rozjazdem dróg M1 i M5 trzeba przed samym miastem i wiaduktem skręcić w prawo i przejeżdżając przez rondo prosto kierować się na miejscowość Serdjilla. Nie ma oznaczeń, z których można skorzystać, dlatego trzeba korzystać z pomocy mieszkańców. Ci jednak doskonale wiedzą, gdzie chce się dojechać i od razu wskazują kierunek. My z początku chcieliśmy być mądrzejsi i mieliśmy plany dotrzeć tam bez pomocy, co skończyło się niepotrzebnym błądzeniem z przyczepą, po wąskich i lekko wznoszących się i opadających w tym rejonie uliczkach. Od razu odradzam takie szalone pomysły. Sama okolica tego najlepiej zachowanego „umarłego miasta” wydaje się wyjątkowo niegościnna. Skalisty, wapienny płaskowyż to pustkowie, ale mimo tego okolica tętni tu pełnią życia.

Do niedawna ruiny były zupełnie „dzikie”, zarośnięte. Obecnie zostały oczyszczone i udostępnione do zwiedzania. Panuje tu straszliwy upał, powietrze stoi w miejscu, ale mimo wszystko dzielnie zwiedzamy i zaglądamy w każde miejsce nie chcąc czegoś pominąć.

Wracamy na główną drogę mijając małe miasteczka, w których toczy się codzienne syryjskie życie. Jak zwykle kupujemy przepyszne owoce i ruszamy dalej.

Po  25km ponownie skręcamy w prawo na zachód w kierunku Apamea. Tutaj również próżno szukać drogowskazów. Dopiero parę kilometrów za miastem jest rozjazd ze znakiem. Nie potrafimy go odczytać, ale są trzy napisy i przy każdym strzałka w lewo. Decydujemy się jechać w lewo, mimo że nasza papierowa mapa podpowiada nam coś innego. To była dobra decyzja. Droga jakby po kwadracie prowadzi nas do celu. W mieście trzeba być czujnym, gdyż po prawej stronie, kawałek za mijanym cmentarzem na skarpie będzie skręt w prawo lekko w górę. Skręcając w nią nie powinno już być problemów z trafieniem. Zawsze też można skorzystać z pomocy mieszkańców, ale tu mało kto mówi po angielsku.

Apamea to poza Palmyrą najciekawsze miejsce w Syrii. Mimo, że poza fantastyczną kolumnadą niewiele się zachowało, warto zobaczyć ten ciągnący się przez ok. 1km rząd kolumn.

Wracamy na drogę M1 i podążamy w kierunku Hama malowniczo położonego nad rzeką Asi Hama. Ogromne drewniane czynne koła wodne zwane noriami, które chcemy zobaczyć są największą atrakcją tego miasta. Kręcąc się wydają taki dźwięk dla ucha ludzkiego, że trudno jest się oderwać od słuchania. Jest niepowtarzalny i nie można nigdzie indziej go usłyszeć. Czytając gdzieś o tym, trudno było nam to zrozumieć, ale rzeczywiście niepowtarzalność i rodzaj tego dźwięku hipnotyzuje słuchacza.

Szukając głównej norii trafiliśmy na kąpielisko i jeszcze z auta z nadzieją patrzyliśmy na kąpiących się, licząc na to że również się schłodzimy. Podchodząc, szybko nasze nadzieje się rozwiały, gdyż sami staliśmy się wielką atrakcją dla miejscowych. Wszystkie oczy były skierowane na nas. W całym tym tłumie nie było ani jednej kobiety, dziewczyny, co spotęgowało zainteresowanie nami. Mając na sobie niezliczoną ilość par oczu, szybko wycofałyśmy się z tego miejsca, czując się bardzo nie komfortowo.  Nie życzę nikomu takich doświadczeń. W Syrii kobiety publicznie nie korzystają z kąpielisk.

Z Hama kierujemy się na Hims, a potem na drogę nr 3 i obieramy kierunek na Palmyra. W Hims trzeba uważać, gdyż jest obwodnica. Jeśli się na nią wjedzie, można zapomnieć o znalezieniu właściwej drogi. My również musieliśmy nadrobić trochę kilometrów, gdyż okazało się, że jednak jedziemy w przeciwnym kierunku. Po znakach trudno się zorientować. Naszym pomocnikiem okazało się słońce. Było już późne popołudnie i zorientowaliśmy się, że słońce mamy przed sobą, a powinniśmy jechać na wschód, a nie zachód. Pomyłka kosztowała nas sporo niepotrzebnie straconego czasu. Gdy już znaleźliśmy się na właściwej, czekało nas jeszcze wiele kilometrów ładnej i pustej drogi prosto do środka syryjskiej pustyni.

Warto pamiętać o zatankowaniu auta, gdyż potem na całym odcinku 160km nie ma gdzie.  Po drodze złapały nas ciemności. Można śmiało powiedzieć że w tej części świata nie ma typowego dla nas zmierzchu. Po chwili od kiedy zajdzie słońce robi się ciemno. Nasza droga również tonęła w ciemnościach, i nie ma nic w około, co może ją rozświetlić. To jakby jechać z zamkniętymi oczami.  Aby zaoszczędzić sobie niespodzianek i zbędnego zwalniania zapaliliśmy wszystkie światła w jakie jest wyposażone nasze auto. Jakość przejazdu znacznie się wtedy poprawiła. Szczęściarzem będzie ten, kto będzie jechał podczas pełni. Na oazę docieramy o 19.30 nie zdając sobie sprawy jak daleko jesteśmy od domu.

Jadąc główną asfaltową drogą starożytnego Tadmuru kierujemy się do świątyni po lewej stronie i zjeżdżamy lekko w dół w żwirową drogę za świątynią, jakbyśmy chcieli ją od lewej okrążyć, docieramy do jedynego w tym rejonie kempingu.

Rano o 8.00 budzi nas silny wiatr.Mimo wczesnej pory jest bardzo ciepło, wręcz upalnie ale dzięki temu, że wieje nie odczuwa się gorąca. Manager kempingu wyjaśnia nam, że wieje tak do 13.00 (tj. 14 miejscowego czasu). Później ustaje i trzeba się ewakuować z pustyni gdyż temperatury są zbyt wysokie. I tak się dzieje każdego dnia. Średnia temperatura w cieniu to 45C. Dla nas brzmi to ekstremalnie. Wyruszamy na pustynię z ciekawością i niedowierzaniem obserwując pogodę. Ok. 13.00 wiatr jednak ucicha i robi się niemiłosiernie gorąco.

Powietrze zastyga w bezruchu i zostaje tak do późnego wieczora. W nocy znów zaczyna wiać. Wbrew naszym zwyczajom przy takich warunkach trzeba się ubrać, a nie rozebrać. Powietrze na pustyni jest suche, co powoduje że mniej się pocimy mimo gorąca, a długie ubranie chroni nas przed palącym słońcem. Zakładając długie zwiewne rzeczy upał wydaje się aż tak bardzo nie przeszkadzać. Teraz to rozumiemy. Nocą, gdy nie ma już słońca temperatura spada i robi się „rześko”. Zwiedzana przez nas Palmyra i Dolina Grobowców to najwspanialsze antyczne ruiny na Bliskim Wschodzie, wielka oaza i nieduże współczesne miasteczko leżące na pustynnym szlaku.

Najlepszy widok jest ze znajdującego się obok na wzgórzu zamku arabskiego. Wdrapanie się tam na piechotę graniczy z cudem przy tych temperaturach, dlatego lepiej pojechać samochodem. Dojechać można praktycznie na sam szczyt. Widok który się stamtąd rozciąga jest niepowtarzalny. Można odpłynąć w marzeniach. Wielkie przestrzenie nieograniczonej ilości piasku nie dadzą zapomnieć, że jest się na pustyni. W tle pas zieleni jedynej w tym miejscu oazy oraz rozciągające się na wielkiej przestrzeni ruiny miasta Tadmur i Doliny Grobowców wznoszonych nad i pod ziemią.

We wnętrzu wież na kilku piętrach budowano wąskie i długie nisze w których chowano zmarłych. Najlepiej zachowana wieża Elahbel pochodzi z 103r i pochowano w niej ok. 300 zmarłych. Innym typem grobowca jest podziemna krypta zwana hypogeum.

Stojąc tu, w tym miejscu czuje się spokój i wolność od codziennych trosk. Czas jakby zatrzymał się w miejscu. Przebywając tam nawet kilkanaście minut nic się nie zmienia, nic się nie dzieje – nie lata samolot, nie jeździ samochód, nie słychać i nie widać żadnych śladów życia. Wydaje się jakby ten właśnie krajobraz był tu niezmienny od wieków. Jest to coś nieprawdopodobnego. Warto było tu jechać z Warszawy dla tych kilkunastu minut, które spędziliśmy  na tym górującym nad oazą wzgórzu.

              * * * ZAGŁADA STAROŻYTNEJ PALMYRY  * * *                      dodane dnia 02.09.2015

Palmyra – jej początki sięgają III tys p.n.e. znaną jako Tadmor, wspominana jest także w Biblii. Początkowo była niewielką osadą. Rozkwitła w pierwszych trzech wiekach naszej ery. Z tego okresu pochodzą budynki publiczne, kolumny i świątynie fundowane przez najzamożniejszych mieszkańców miasta. Upadek miasta rozpoczął się w latach 70 III w. Współczesna Palmyra do wybuchu wojny domowej w Syrii w 2011r była szybko rozwijającym się miastem z ok 60 tys. mieszkańców. Bogaciła się na turystyce i handlu. Ostatnie dramatyczne wydarzenia w jednym z najpiękniejszych miast świata mogą oznaczać kres jego istnienia. 

23 sierpnia 2015 fanatycy z samozwańczego Państwa Islamskiego wysadzają w powietrze zbudowaną w 131r. świątynię Baalszamina. Był to jeden z najcenniejszych i najlepiej zachowanych zabytków. 

30 sierpnia 2015 Dżihadyści detonują ładunki wybuchowe w świątyni Bela, największej budowli starożytnej Palmyry wybudowanej w 32r. Zniszczony został główny budynek i rząd kolumn w jego pobliżu. Od VIIIw. do lat 30 XXw. w tym budynku mieścił się meczet.  (źródło Gazeta Wyborcza 2 września 2015) 

* * * 

Zwiedzając okolice Palmyra trafiamy na mieszkającą na pustyni Beduińską rodzinę opiekującą się niezamieszkaną już wioską syryjską. Z Palmyra trzeba wrócić na główną drogę w lewo. Zaraz po zjechaniu jest boczna mała, asfaltowa uliczka w prawo idąca jakby w głąb pustyni, między niewielki wzgórza. Jadąc nią chwile należy ponownie odbić w prawo w szutrową drogę. Właściwy kierunek do wioski wyznaczają  pnie palm, tworząc jakby bramę wjazdową.

Niestety Beduini nie rozmawiają po angielsku więc korzystamy z naszych arabskich rozmówek i dowiadujemy się, że mieszkają tu przez cały rok wiosną i latem śpiąc pod gołym niebem, zimą korzystają z jednego z glinianych domów. Zapraszają nas do siebie na herbatę. Na żwirowym, przygotowanym podłożu porozkładane są dywany, na których toczy się rodzinne życie. Przed palącym słońcem chroni ich tylko płócienny materiał rozciągnięty jak tropik od namiotu. Otrzymujemy wygodne poduchy do siedzenia, siadamy z gospodarzami po turecku i dostajemy gorący bardzo słodki napój, na który żadne z nas nie ma ochoty. Jednakże trochę przez ciekawość smaku, a trochę z uprzejmości częstujemy się herbatą, która smakuje wyśmienicie i na długo gasi pragnienie.

Na koniec za gościnę życzą sobie 40€. Ostatecznie płacimy10€ . Gorąca słodka (nasza) herbata towarzyszy nam już do końca. Wieczorem w kempingowej przyzwoitej restauracji rozkoszujemy się podanymi nam specjałami, a potem chłodzimy się w basenie, który usytuowany przy samej starożytnej świątyni w otoczeniu soczystej miejscowej zieleni jest wymarzonym miejscem do relaksu.

Za trzy noce pobytu z kolacją, codziennymi napojami (i piwem- Manager jest Beduinem i nie obowiązuje go ramadan) płacimy 40€. Bardzo przyzwoita cena za warunki i rodzinną atmosferę, którą tu mieliśmy.

Rano o 8.30 opuszczamy to cudowne miejsce kierując się drogą nr 7 na Ar-Rusafa. To najcięższy odcinek trasy, gdyż ruch turystyczny zwykle się tu nie odbywa i drogi nie mają oznaczeń przyjaznych dla cudzoziemców. Jedziemy uważnie śledząc mapę. Po ok. 75km w As Sukhnah należy skręcić w lewo. Nazwę miasta zapisaną jakby fonetycznie na drogowskazie można odczytać. Wiele razy mieliśmy obawy czy obraliśmy właściwy kierunek, ale nie zostało nam nic innego, jak jazda przed siebie. Dlatego polecam drogę wszystkim śmiałkom lubiącym dreszczyk emocji. Kierujemy się dobrą jakościowo drogą, przez pustynię 200km na północ. Po drodze czasem mijamy beduińskie osady usytuowane wokół jedynej drogi w sercu syryjskiej pustyni.

Co kilkadziesiąt kilometrów napotykamy również na nieduże wioski, których małe lepianki z gliny wydają się opuszczone. Dopiero jak podjeżdżamy okazuje się, że tętni w nich życie. Dzieci machają do nas uśmiechnięte, dorośli wyglądają z zaciekawieniem. Z pewnością samochód z przyczepą kempingową z innego, odległego kraju nie jest dla nich częstym widokiem.

Po przejechaniu ok. 100km piasek pustynny zmienia się ze skalistego na bardziej sypki. Zaczynają się większe równiny, a kępy szarozielonych traw wyłaniają się nieśmiało z piasku tworząc ciekawe kolorowe kępy na tym monotonnym krajobrazie.

Przez wiele kilometrów przemierzamy samotnie pustynne tereny nie mijając nikogo, mając nadzieję że podążamy prawidłowo. Tylko słońce, które jest nieprzerwanie z nami daje nam poczucie właściwego kierunku. Droga, którą jedziemy  jest długa i prosta przez wiele kilometrów i przecina krajobraz na dwie takie same części. Jadąc przez pustynie należy się zaopatrzyć w odpowiedni zapas paliwa i wody do picia. Koszt paliwa w Syrii to ok. 0,30€ centa. (ok. 1zł) Po kilku godzinach dojeżdżamy do Ar-Rusafa- bizantyjskiego miasta rozciągającego się na pustkowiu, niemal na skraju pustyni. Turyści rzadko tu dojeżdżają.

Panuje tu spokój i cisza. Ruiny zajmują wielki kwadratowy obszar otoczony imponującymi, ciągnącymi się przez 2km murami obronnymi. W obecnej formie miasto powstało ok. 530r. Wtedy dawne mury z suszonej glinianej cegły zastąpiły potężne, stojące do dziś kamienne umocnienia. Jesteśmy zmęczeni przebytą tu drogą, ale mimo wszystko spodobało nam się to miejsce.

Wbijamy się na drogę 4 w kierunku  Aleppo i dalej w stronę Turcji. Na granicy jesteśmy ok. 16.00 Odprawa tym razem trwała 2h. Płacimy 35€ za wyjazd z Syrii i 80€ za wjazdowe wizy tureckie. Zostawiamy za sobą Syrię, ale od razu za nią tęsknimy. Te surowe krajobrazy, pustynne przestrzenie, spokój, prostota życia i inna kultura daje przedsmak Wschodu i z pewnością na długo nie da o sobie zapomnieć.

No i teraz w Turcji za paliwo musimy zapłacić już 1,5€ (ok. 6zł).